-> Jakie są najczęstsze podstawy odpowiedzialności karnej lekarza za błąd medyczny?
-> Co może zrobić placówka medyczna aby ograniczyć prawdopodobieństwo wystąpienia spraw karnych względem lekarzy?
-> Czy system no – fault może zapewnić lekarzom większą pewność prawną wykonywania ich zawodu?
Między innymi o tym rozmawiam z gościem dzisiejszego odcinka, którym jest dr hab. Radosław Tymiński, radca prawny, ekspert ds. legislacji i członek Komisji Bioetycznej przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie, specjalizujący się w obronie lekarzy w sprawach karnych, cywilnych i zawodowych.
Wbrew obiegowej opinii najwięcej postępowań karnych wobec lekarzy toczy się nie z art. 155 Kodeksu karnego (nieumyślne spowodowanie śmierci), lecz z art. 160 k.k. – narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Przy błędach medycznych mówimy najczęściej o przestępstwach z zaniechania, a wtedy trudno twierdzić, że to lekarz spowodował zgon – spowodowała go choroba, której lekarz nie zapobiegł. Realne problemy tych spraw to jednak co innego: niska jakość opinii sądowo-lekarskich, nierówność stron postępowania i automatyzm, przez który zarzut dostaje ten, kto ostatni podpisał się w dokumentacji. Co najmniej połowa spraw wynika przy tym z niewłaściwej organizacji pracy, a nie z błędu ludzkiego.
Najważniejsze wnioski
- Najczęstsza podstawa odpowiedzialności karnej lekarza to art. 160 k.k. (narażenie), a nie art. 155 k.k. Ten drugi jest przestępstwem skutkowym – wymaga wykazania, że to działanie lekarza spowodowało zgon.
- Lekarz odpowiada jako gwarant – czyli osoba, na której ciąży prawny obowiązek zapobiegania skutkowi. To właśnie umożliwia stawianie zarzutów z art. 155 k.k. przy zaniechaniach.
- Popularność spraw karnych ma wymiar praktyczny: prokurator zbiera dokumentację, przesłuchuje świadków i uzyskuje opinie biegłych, a zgodnie z art. 11 Kodeksu postępowania cywilnego (k.p.c.) wyrok skazujący wiąże sąd cywilny.
- Odpowiedzialność karna, cywilna i zawodowa to odrębne reżimy. Jedna nie chroni przed drugą; jedyny związek normatywny między zawodową a karną to możliwość zawieszenia postępowania zawodowego do czasu zakończenia karnego.
- System no fault to nie system nieodpowiedzialności – w takim systemie nie orzeka się o winie, ale umożliwia się rekompensatę. To rozwiązanie wielokomponentowe, którego nie da się przenieść wybiórczo.
- Postulat: odpowiedzialność karna lekarza tylko w dwóch przypadkach – nadużycia uprawnień zawodowych albo błędu tak rażącego, że nie trzeba biegłego, by go stwierdzić.
Z jakich przepisów najczęściej odpowiadają lekarze?
Najwięcej postępowań toczy się z art. 160 Kodeksu karnego (k.k.), czyli za narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Art. 155 k.k. – nieumyślne spowodowanie śmierci – oczywiście też jest obecny, ale to nie on dominuje statystycznie.
Katalog jest szerszy i nie są to sprawy rzadkie. Personel medyczny bywa oskarżany również z art. 271 k.k. (fałszowanie dokumentacji medycznej), art. 229 k.k. (łapownictwo) oraz art. 192 k.k. (leczenie bez zgody pacjenta).
Warto od razu zaznaczyć, że choć rozmawiamy o lekarzach, problem dotyczy całego personelu: sprawy karne mają również położne, pielęgniarki i diagności laboratoryjni – każdy zawód medyczny może mieć taką sprawę.
Dlaczego zarzut z art. 155 k.k. bywa stawiany niesłusznie?
Bo art. 155 k.k. to przestępstwo skutkowe – może zostać popełnione przez lekarza wyłącznie wtedy, gdy zostanie udowodnione, że to jego działanie spowodowało zgon. Tymczasem przy błędach medycznych mówimy najczęściej o przestępstwach z zaniechania, czyli niepodjęcia czynności, do których lekarz był zobowiązany.
I tu pojawia się problem logiczny. Trudno twierdzić, że zaniechanie leczenia zawału spowodowało zgon – zgon spowodował zawał, a lekarz co najwyżej mu nie zapobiegł. Dlatego w wielu sytuacjach sensowniejszy wydaje się zarzut z art. 160 k.k.
Nie znaczy to, że kwalifikacja z art. 155 k.k. nigdy się nie obroni. Może to nastąpić przede wszystkim tam, gdzie lekarz w ogóle nie bada pacjenta – czyli nie podejmuje jakichkolwiek działań, żeby ustalić jego stan zdrowia.
Praktyka jest zresztą niejednolita: jedni prokuratorzy decydują się na zarzut z art. 155 k.k., inni na art. 160 k.k. w zbiegu ze 155, a jeszcze inni wyłącznie na art. 160 k.k. Bywa, że za sięganiem po art. 155 k.k. stoją względy taktyczne – nawet jeśli sąd uzna, że nie wszystko się zgadza, najwyżej zejdzie do art. 160 k.k., zagrożonego niższą sankcją.
Przykład z praktyki
Sprawy tego rodzaju mogą wyglądać tak: lekarz ginekolog widzi u pacjentki objawy zagrażające życiu i zdrowiu kobiety oraz dziecka – na przykład krwawienie z dróg rodnych – i nie podejmuje działań, które wyjaśniłyby te niepokojące objawy. Po pewnym czasie pacjentka lub jej dziecko umiera. W praktyce w grę wchodzą wtedy kwalifikacje z art. 160 i 155 k.k.
Kim jest gwarant i dlaczego to takie ważne?
Gwarant to osoba, na której ciąży prawny obowiązek zapobiegania skutkowi. Lekarz, który leczy pacjenta w szpitalu, ma obowiązek zapobiegać negatywnym skutkom dla pacjenta – w ramach swojej wiedzy, umiejętności i specjalizacji.
To właśnie status gwaranta umożliwia postawienie lekarzowi zarzutu z art. 155 k.k. mimo tego, że mówimy o zaniechaniu. Można jednak kwestionować słuszność tego rozumowania: nawet będąc gwarantem, lekarz co najwyżej nie zapobiega narażeniu – śmierć powoduje choroba, a nie lekarz, który źle ją leczy albo jej nie leczy.
Dlaczego sprawy karne przeciwko lekarzom są tak popularne?
Bo są dla strony pacjenta po prostu wygodne. To prokurator wykonuje pracę za pełnomocników pacjentów: zbiera dokumentację, przesłuchuje świadków, uzyskuje opinie biegłych i stawia zarzut.
Do tego dochodzi kluczowy mechanizm: zgodnie z art. 11 Kodeksu postępowania cywilnego (k.p.c.) wyrok skazujący jest dla sądu cywilnego wiążący. Stąd popularność art. 155 k.k. – skazanie z tego przepisu umożliwia uzyskanie odszkodowania w sądzie cywilnym bez sporu o sam błąd i czyn; pozostaje już tylko ustalenie kwoty. Przy art. 160 k.k. skutkiem przestępstwa jest samo narażenie, co nie wystarczy do wykazania przesłanek odpowiedzialności cywilnej.
Czy postępowanie karne rzeczywiście idzie szybciej niż cywilne?
To raczej mit niż reguła. Postępowanie karne trwa zwykle około 2–3 lat – od sformułowania zarzutu do prawomocnego wyroku sądu drugiej instancji. Postępowanie cywilne to raczej 3–4 lata, przy czym w mniejszym sądzie okręgowym bywa bliżej trzech, a w Warszawie – należącej do najbardziej zapracowanych sądów – raczej czterech.
Rekordy z praktyki pokazują jednak, jak bardzo są to wartości orientacyjne: najdłuższa sprawa karna trwała 9 lat, cywilna 7.
Co miała zmienić nowelizacja art. 155 k.k.?
Pomysł sprowadzał się do zaostrzenia granic odpowiedzialności. Obecnie za nieumyślne spowodowanie śmierci człowieka grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Proponowano podniesienie górnej granicy do 10 lat.
Konsekwencje byłyby poważne, choć na pierwszy rzut oka niewidoczne. Przy obecnym ujęciu sąd może zamiast kary pozbawienia wolności orzec grzywnę, a także warunkowo umorzyć postępowanie – to ostatnie jest możliwe tylko wtedy, gdy kara nie przekracza 5 lat pozbawienia wolności. Podniesienie zagrożenia odebrałoby sądowi obie te możliwości.
Dlaczego to tak istotne dla lekarza? Warunkowe umorzenie oznacza, że skazanie nie figuruje w rejestrze skazanych, a sąd nie może wymierzyć środków karnych – w tym tego, którego lekarze obawiają się najbardziej, czyli zakazu wykonywania zawodu. A przesłanką warunkowego umorzenia jest m.in. nieznaczna wina sprawcy przy niebudzącym wątpliwości czynie – a w sprawach medycznych bardzo często nakładają się na siebie kwestie organizacyjne i personalne, więc sądy dochodzą do wniosku, że element zawinienia lekarza jest, ale bardzo niewielki.
Te nowelizacje upadły – przynajmniej na razie, bo dyskusje wokół nich cały czas się toczą.
Czy sądy i prokuratury są przygotowane do spraw medycznych?
Prokuratury są coraz lepiej przygotowane dzięki działom do spraw błędów medycznych, powołanym w 2016 roku – wniosły one nową jakość do tych postępowań. Są sędziowie i prokuratorzy, którzy radzą sobie z tymi sprawami bardzo dobrze, i tacy, którzy radzą sobie słabo albo wręcz nie chcą sobie poradzić.
Problem leży jednak gdzie indziej: w bardzo niskiej jakości opinii sądowo-lekarskich oraz w nierówności stron postępowania.
Na czym polega nierówność stron w sprawach medycznych?
Przykładów jest sporo:
- Czas. Prokurator może prowadzić postępowanie praktycznie przez nieograniczony czas, przedłużając postępowanie przygotowawcze. Przepisy pozwalają mu jednak przedstawić lekarzowi zarzut jednego dnia, a następnego zamknąć postępowanie i skierować sprawę do sądu. Obrona jest wtedy wyłączona z etapu przygotowawczego i zapoznaje się ze sprawą dopiero w sądzie.
- Termin pierwszej rozprawy. W obciążonym sądzie wielkomiejskim obrońca ma pół roku na przygotowanie; w mniejszym mieście termin może wypaść za miesiąc – a akta potrafią liczyć kilka tomów, które trzeba nie przejrzeć, lecz przeczytać, zrozumieć i przemyśleć.
- Status opinii. Biegli powołani przez prokuratora wydają opinię biegłego sądowego; to, co przedstawi obrona, jest tylko dokumentem prywatnym. Prokurator jako reprezentant Skarbu Państwa płaci biegłemu i jest w porządku – a gdy płaci strona, już nie.
- Terminy na środki zaskarżenia. Zdarza się, że sąd pisze uzasadnienie wyroku przez 6 miesięcy (przy sprawie liczącej jedenaście tomów), a obrońca ma 14 dni na przygotowanie odwołania. Czas na apelację powinien być proporcjonalny do czasu sporządzania uzasadnienia.
Sedno sprowadza się do jednego: prokurator stawiający zarzut ma do dyspozycji cały aparat państwowy – policję, służby, możliwości dochodzeniowe, czas i biegłych, którym sam wysyła pytania i udziela materiału. Oskarżony ma tylko obrońcę. Reformy postępowań powinny tę nierówność łagodzić.
Dlaczego zarzuty dostają nie ci lekarze, co powinni?
Bo działa automatyzm: zarzut dostaje ten, kto ostatni podpisał się w dokumentacji. To rozwiązanie proste i klarowne – mamy podpis, więc uznajemy, że mamy decydenta. Tyle że podpis nie zawsze oznacza decyzję.
Dwa typowe przykłady:
- Ordynator i karta informacyjna z leczenia szpitalnego. Prawo bardzo formalizuje to, kto wypisuje pacjenta – na karcie jest miejsce na podpisy dwóch lekarzy: tego, który ją przygotował, oraz ordynatora oddziału. Bardzo często ordynator tego pacjenta w ogóle nie widzi i o niczym nie decyduje – podpisuje kartę, bo ma taki obowiązek prawny, czasem trzydzieści kart po weekendzie. A zarzuty bywają stawiane właśnie jemu.
- Rezydent i karta zleceń. Młodszy lekarz wpisuje to, co dyktuje mu starszy kolega, i podstemplowuje. Zarzut trafia do tego, kto się podpisał, a nie do tego, kto wydał dyspozycję. Rezydent na oddziale ma czasem tyle do powiedzenia, co protokolant w sądzie – wszystko pisze, ale nie on wymyśla to, co pisze. Sytuację protokolanta rozumiemy; sytuację rezydenta już mniej.
Jak to podsumować? Prowadzonych jest wiele spraw, w których przysłowiowy kowal zawinił, a cygana chcieli powiesić. Dlatego prokuratury i sądy powinny być wyczulone na to, kto faktycznie decydował.
Co placówka medyczna może zrobić, żeby ograniczyć ryzyko spraw karnych?
Bardzo dużo – i wiele problemów bierze się właśnie z tego, że placówki tego nie robią. Wyróżnić można cztery płaszczyzny.
1. Digitalizacja dokumentacji medycznej. To kwestia fundamentalna dla bezpieczeństwa. Pozwala tworzyć szablony przyspieszające pracę i daje pewność, że dokumentacja została wytworzona, zapisana i niemodyfikowana. Przy elektronicznej dokumentacji medycznej praktycznie zniknął zarzut, że ktoś coś dopisał – nagminny przy dokumentacji papierowej.
2. Szkolenia z bezpiecznego prowadzenia dokumentacji. Placówki koncentrują się na wymogach Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ), ważnych dla refundacji – ale to, jak dokumentować na potrzeby refundacji, nijak się ma do tego, jak prowadzić dokumentację bezpiecznie. Bezpieczne dokumentowanie wymaga uwzględnienia wielu okoliczności badania podmiotowego i przedmiotowego, których NFZ po prostu nie potrzebuje. Trzeba więc szkolić lekarzy nie tylko z „NFZ-ologii” – to jest osobna umiejętność. Z ewaluacji takich szkoleń wynika, że 93 proc. uczestników deklaruje, że szkolenie zmieniło sposób prowadzenia ich dokumentacji.
3. Prawidłowa organizacja pracy. Teza, która może się nie spodobać: co najmniej 50 proc. spraw wynika z niewłaściwej organizacji pracy, a nie z błędu ludzkiego – z bałaganu, zabiegania, braków kadrowych.
Ilustruje to sprawa lekarza wezwanego z oddziału do pacjenta na SOR. Udzielił pomocy nie do końca właściwej – bez dramatycznych błędów, ale można było lepiej – i wrócił na swój oddział, gdzie pacjent po pewnym czasie zmarł. W grafiku SOR wpisanych było czterech lekarzy. Żadnego z nich nie było na miejscu – grafik był fikcyjny. Zarzut dostał lekarz, którego wydzwoniła pielęgniarka, a nie dyrektor szpitala, który przekazuje NFZ fałszywe grafiki.
4. Komunikacja. I to w szerokim rozumieniu: podmiotu z lekarzami, lekarzy z podmiotem i lekarzy z pacjentami. W piśmiennictwie anglosaskim błędy komunikacyjne wskazuje się jako root cause – główną przyczynę roszczeń.
Jak to wygląda w praktyce, pokazuje przypadek oddziału zabiegowego, który miał sześć z siedmiu spraw sądowych całego szpitala. Podczas prywatnego śledztwa zleconego przez kierownictwo padło polecenie: „idź młody, wytłumacz rodzinie, to się nauczysz” – i stażysta, który pacjenta nie leczył i nie wiedział, co się stało, poszedł rozmawiać z rodziną zmarłego. Rodzina wyszła z przekonaniem, że w szpitalu nie wiedzą, na co zmarł ich bliski. Tak rodzą się roszczenia. Komunikacji powinni przy tym uczyć przede wszystkim ci, którzy realnie komunikują się z pacjentami – inaczej zostaje sama teoria.
Warto dodać jeszcze jeden wątek: lekarze bywają nastawieni niechętnie do każdej nowości, bo pierwsze pytanie brzmi „czy znowu będziemy musieli wypełniać jakieś papiery?”. Obciążenie procedurami wewnętrznymi i dokumentami realnie skraca czas na pacjenta – a to również generuje błędy.
Czy odpowiedzialność karna wyklucza cywilną i zawodową?
Nie. Odpowiedzialność karna i cywilna to dwa osobne reżimy, których nie należy łączyć – odpowiedzialność karna niczego w zakresie cywilnej nie eliminuje.
Z odpowiedzialnością zawodową jest podobnie, choć z jednym wyjątkiem. Nie ma ona związków normatywnych z odpowiedzialnością karną i cywilną poza jednym: postępowanie w przedmiocie odpowiedzialności zawodowej można zawiesić do czasu zakończenia postępowania karnego.
Istota odpowiedzialności zawodowej jest inna – sięga tam, gdzie nie sięga prawo karne, bo czyn stanowiący przewinienie zawodowe jest pojęciem o wiele szerszym niż przestępstwo. To odpowiedzialność raczej typu administracyjnego, korporacyjnego: samorząd mówi, kto może dalej działać, a kto nie.
Coraz częściej pojawia się przy tym praktyka, w której prokuratorzy zawiadamiają izby o postępowaniu karnym, a wtedy izba musi wszcząć postępowanie w przedmiocie odpowiedzialności zawodowej niejako z urzędu. Izba nie ma tu innego wyjścia. Praktyka ta jest zgodna z przepisami – nie mówimy przecież o podwójnej odpowiedzialności karnej – ale bywa dla lekarza dotkliwa.
Czym naprawdę jest system no fault?
To nie jest system nieodpowiedzialności. To system, w którym nie orzeka się o winie, ale umożliwia się rekompensatę – tak najprościej można go zdefiniować.
Problem w tym, że dyskusja o no fault jest w dużej mierze zawieszona w próżni. To system wielokomponentowy: raportowanie zdarzeń medycznych, szybka ścieżka zgłaszania roszczeń, szybka ścieżka ich rozpatrywania, ubezpieczenia podmiotów leczniczych. Jeśli chcemy mówić o no fault, szpitale muszą mieć potężne ubezpieczenia – a trudno o tym rozmawiać, gdy szpital powiatowy ma ubezpieczenie na 300 tys. zł.
Nie da się wziąć jednego elementu z systemu anglosaskiego czy skandynawskiego, wstawić go u nas i uznać, że pasuje – okaże się, że wkładamy cegłę nie w ten mur. No fault w Nowej Zelandii wygląda zupełnie inaczej niż no fault w Szwecji, więc pytanie „jesteś za czy przeciw” jest na tym poziomie ogólności bardziej filozofią niż dyskusją o konkretach. Trochę jak pytanie, czy jesteś za tym, żeby lekarze dobrze leczyli.
Zamiast tego warto rozmawiać o konkretnym postulacie: ograniczeniu odpowiedzialności karnej lekarzy – nie cywilnej i nie zawodowej – do dwóch sytuacji: nadużycia uprawnień zawodowych oraz błędu tak rażącego, że nie trzeba biegłego, by go stwierdzić (jak zoperowanie nie tego pacjenta). Pozostałe przypadki powinny być cedowane na odpowiedzialność cywilną i zawodową, bo dziś pacjenci idą do sądu karnego również z bardzo błahych powodów.
Dodać trzeba jeszcze dwie rzeczy: część tych elementów wiąże się z ustawą o jakości w ochronie zdrowia, a duże zmiany trzeba wprowadzać ostrożnie i rozciągać w czasie – oraz rzetelnie oceniać ich skutki (OSR), co w polskim procesie legislacyjnym bywa traktowane jak nieistotny dodatek. To, że o no fault w ogóle się dziś mówi, jest w dużej mierze zasługą prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej.
Czy lekarze mają się czego bać?
Tak – ale warto rozłożyć ten strach na czynniki pierwsze.
Sprawy cywilnej lekarz bać się powinien, bo nie może oszacować ryzyka ani realnie się ubezpieczyć. W sprawie o nieprawidłowe prowadzenie porodu skutkujące czterokończynowym mózgowym porażeniem dziecięcym rozbieżności między prawomocnymi wyrokami przy bardzo podobnym stanie faktycznym i orzeczeniach z tych samych lat sięgały 600 tys. zł – w jednym sądzie zasądzono 600 tys., w innym 1,2 mln zł. Gdyby istniała górna granica zadośćuczynienia – niech to będzie milion albo dwa, o wysokości można dyskutować – lekarz mógłby się realnie ubezpieczyć, a ubezpieczyciel wyceniałby polisę według jego historii. Brak takich granic doprowadził do sytuacji, w której na rynku pozostał praktycznie jeden ubezpieczyciel oddziałów ginekologiczno-położniczych. Cierpią na tym wszyscy: lekarz, pacjent i system.
Sprawy karnej też można się bać – bo nie zawsze da się wygrać nawet sprawę oczywistą, a przez opisany automatyzm może zostać skazany człowiek niewinny. Do tego sąd karny może orzec zakaz wykonywania zawodu, czyli pozbawić człowieka środków do życia. Skala: co roku do sądu trafia kilkaset takich spraw, ale prowadzonych jest kilka tysięcy postępowań.
Odpowiedzialności zawodowej również – katalog kar jest szeroki, a mniej więcej w jednej trzeciej orzeczeń sądy lekarskie orzekają zakazy: pełnienia funkcji, wykonywania określonych czynności albo wykonywania zawodu.
I najważniejsza konkluzja: błędów medycznych nie wyeliminujemy – zawsze pozostanie pewne ryzyko. Prawo karne eliminuje natomiast lekarzy, a nie błędy. Jest zasadnicza różnica między lekarzem, który naraża pacjenta, niewłaściwie go lecząc, a przestępcą, który naraża kogoś, bijąc go na krawędzi przepaści. W drugim przypadku prawo karne jest właściwym narzędziem. W pierwszym – raczej nie.
FAQ
Z jakiego przepisu najczęściej odpowiadają lekarze karnie? Z art. 160 Kodeksu karnego, czyli za narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Art. 155 k.k. (nieumyślne spowodowanie śmierci) występuje rzadziej, choć coraz częściej.
Dlaczego prokuratury sięgają po art. 155 k.k.? Z jednej strony ze względów taktycznych – jeśli sąd uzna, że nie wszystko się zgadza, najwyżej zejdzie do art. 160 k.k., zagrożonego niższą sankcją. Z drugiej dlatego, że skazanie z art. 155 k.k. ułatwia uzyskanie odszkodowania w sądzie cywilnym.
Kim jest gwarant? To osoba, na której ciąży prawny obowiązek zapobiegania skutkowi. Lekarz leczący pacjenta jest gwarantem w ramach swojej wiedzy, umiejętności i specjalizacji – i dlatego można mu stawiać zarzuty także przy zaniechaniach.
Czy sprawa karna trwa krócej niż cywilna? Niekoniecznie. Postępowanie karne trwa zwykle 2–3 lata do prawomocnego wyroku, cywilne raczej 3–4 lata, ale zdarzają się sprawy trwające po kilka lat dłużej.
Czy skazanie karne oznacza automatycznie odpowiedzialność zawodową? Formalnie nie, bo to odrębne reżimy. Coraz częstsza jest jednak praktyka zawiadamiania izb przez prokuratorów – a wtedy izba musi wszcząć postępowanie w przedmiocie odpowiedzialności zawodowej.
Co placówka może zrobić, żeby ograniczyć ryzyko spraw karnych? Cztery rzeczy: przejść na elektroniczną dokumentację medyczną, szkolić personel z bezpiecznego prowadzenia dokumentacji, uporządkować organizację pracy oraz uczyć komunikacji – z pacjentami i wewnątrz placówki.
Czy system no fault oznacza bezkarność lekarzy? Nie. W systemie no fault nie orzeka się o winie, ale umożliwia się rekompensatę. To system złożony z wielu elementów, w tym raportowania zdarzeń medycznych i realnych ubezpieczeń podmiotów leczniczych.
Czy da się wyeliminować błędy medyczne? Nie. Zawsze pozostaje pewne ryzyko – dlatego stosowanie prawa karnego do błędów medycznych eliminuje raczej lekarzy niż błędy.
Podsumowanie
Obawy lekarzy przed odpowiedzialnością karną nie są bezpodstawne, ale ich źródło leży gdzie indziej, niż się zwykle sądzi: nie w samej treści przepisów karnych, lecz w automatyzmie stawiania zarzutów, jakości opinii sądowo-lekarskich, nierówności stron postępowania i – przede wszystkim – w organizacji pracy placówek. Wiele da się zrobić już dziś, na poziomie konkretnej placówki: dokumentacja elektroniczna, szkolenia, poukładane procedury i komunikacja. Reszta wymaga zmian systemowych – w tym poważnego ograniczenia odpowiedzialności karnej i uczciwych, przewidywalnych reguł gry w sprawach cywilnych.
Całą rozmowę z dr. hab. Radosławem Tymińskim, radcą prawnym, ekspertem do spraw legislacji i członkiem komisji bioetycznej przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie, specjalizującym się w obronie lekarzy w sprawach karnych, cywilnych i zawodowych, znajdziesz w 29. odcinku podcastu „Recepta na przepis”.